Piątek 26.02.2010 był przełomowym dniem w moim „sportowym” życiu. Po raz pierwszy od kilkunastu lat postanowiłem stanąć w obliczu ciężkich przeżyć związanych z moim dzieciństwem.. w szczególności ze sportem zimowym.
Od kiedy kilka razy zaliczyłem parę, drzew jeżdżąc na siostry nartach, a „spec” od nart (tato) przykręcił wszystkie możliwe śrubki w nartach („bo kto to widział, żeby to nie było dokręcone”), miałem traumę, gdy tylko ktoś mówił o nartach.
Pamiętnego popołudniowego piątku, widząc jak małe cztero- i pięcioletnie dzieciaki zasuwają na nartach i snowboardzie, zdałem sobie sprawę, że coś tu nie gra i trzeba coś z tym zrobić. Jako że narty bardzo źle mi się kojarzyły, a przed oczyma miałem tylko siebie w powyginanymi nogami we wszystkie strony, postanowiłem nauczyć się jeździć na tzw. PARAPECIE
Ot i stało się.. Śnieżek jeździ na snowboardzie.. żałuję tylko jednego: że nie poszedłem po rozum do głowy i nie wziąłem sobie instruktora w piątek zamiast w sobotę, czego efektem są liczbe siniaki, obicia kostne, nadwyrężone ścięgna szyi i tricepsów… poobijane kolana… … ble ble ble… nie wspominając o 4 najważniejszych literach każdego ciała człowieka.
Ale nie to jest najważniejsze.. Najcenniejszy jest fakt, że jeszcze przyjmuję wiedzę i stosuję ją w praktyce.. zimowej praktyce.

